Hey! Mordki przepraszam Was bardzo, ale zastanawiam się nad zakończeniem bloga. Nie będę się tłumaczyć dlaczego, bo to raczej nie ważne. Ale ostateczną decyzję podejmiecie Wy! Zrobiłam ankietę, w której proszę o głosy. http://strawpoll.me/4393154
Jeśli zakończę to będzie po prostu koniec.
Jeśli mam zrobić coś takiego jak sezony, to przez jakiś czas była by przerwa i może potem bym wróciła. Nie wiem po jakim czasie, dlatego bardzo się boję, że przez to Was stracę. Już przez to, że rzadko są rozdziały Was tracę. Nie jest to dla mnie łatwe, bo poświęciłam na tego bloga mase czasu, zyskałam wspaniałych czytelników i spełniłam swoje marzenie. Szczerze mówiąc dostałam szansę, by lepiej rozwijać swoją pasje jaką jest pisanie i ciężko jest pogodzić obie "prace". Przepraszam i liczę na wyrozumiałość z Waszej strony. :)
poniedziałek, 18 maja 2015
Ważne info!!
sobota, 16 maja 2015
Rozdział 28
"Gdy kobieta opuściła szpital, usiadłam w holu na krzesełku pozostając sama ze swoimi myślami. Jak my teraz sobie poradzimy? Co teraz będzie? Na pewno nie wyprowadzimy się teraz. Musimy pomóc mamie Jaśka. I tak nieźle zniosła śmierć męża. Z rozmyśleń wyrwał mnie dotyk czyjejś ręki na ramieniu. Nerwowo się odwróciłam i ujrzałam..."
Nerwowo się odwróciłam i ujrzałam chłopaka, którego wcześniej potrąciłam. Odetchnęłam z ulgą, z powrotem się odwracając.
-Coś się stało?-do moich uszu dobiegł głos chłopaka. Przekręciłam głowę w jego stronę.
-Nie, nic. Nic prócz tego, że mój chłopak walczy o życie.-westchnęłam, przecierając oczy od łez
-A tobie nic nie jest? Przepraszam, że nawet się nie zatrzymałam, by ci pomóc.
-Nie, nic mi nie jest. Jak masz na imię?
-Aleksandra.-delikatnie się uśmiechnęłam. Lubię zawierać nowe znajomości.
-Ja jestem James.-chłopak podał mi dłoń, odwzajemniając uśmiech.
Przeniosłam wzrok z chłopaka na biegnącego w naszą stronę lekarza. Stanął zdyszany przed nami. Posłałam mu pytające spojrzenie, nie mając pojęcia o co chodzi.
-Pani Olu. Widziała gdzieś pani pana Janka?-wydusił z siebie zachrypniętym głosem.
-Jak to widziałam? Powinien być na sali.-zdenerwowałam się słysząc słowa mężczyzny.
-Nie chcę pani denerwować, ale muszę mówić prawdę. Pani chłopak zniknął. Nie ma go na sali.-mruknął drapiąc się nerwowo po głowie. Do moich oczu napłynęły łzy. Przetarłam oczy patrząc raz na James'a raz na lekarza.
-Zrobimy wszystko co w naszej mocy, by go odnaleźć. Zaraz zawiadomię policję.-mówiąc odszedł pozostawiając mnie samą z pare minut temu poznanym chłopakiem. Zalałam się cała łzami na myśl, że nie wiadomo co z Jasiem. Przecież on nie przeżyje bez opieki lekarzy.
-Wiem gdzie on może być.-szepnął po jakimś czasie chłopak siedzący obok. Rozszerzyłam oczy odwracając się w jego stronę. Skąd on, obcy człowiek może wiedzieć co się dzieje z moim chłopakim skoro ja nawet o tym nie wiem?
-Chodź ze mną.-szarpnął mnie za rękę, ciągnąc za sobą. Nie miałam pojęcia co o tym myśleć. Nie sądze, że to przypadek.
Jechaliśmy około pół godziny leśną drogą. Na nic zdały się moje błagania i prośby o wyjaśnienie. James mówił, że później mi to wyjaśni. W końcu wysiedliśmy przy starych, zniszczonych magazynach. Stanęłam wryta patrząc się na budynek. Miałam już mętlik w głowie. Niepewnie weszłam do środka za chłopakiem. Przeszliśmy przez długi korytarz, zatrzymując się w sporym pomieszczeniu. Ujrzałam tam Jasia przypiętego do wózka inwalidzkiego. Był w bardzo ciężkim stanie. Od razu do niego podbiegłam, przytulając go i próbując wydostać z tego okropnego miejsca.
-Pobiegnę po pomoc!-krzyknęłam odwracając się i kierując w stronę wyjścia.
-A ty do kąd?-do moich uszu dobiegł śmiech chłopaka, z którym tu przyjechałam. Gdy ujrzałam w jego dłoni broń, krzycząc zawróciłam się próbując znaleźć inne wyjście. Przeszkodził mi w tym drugi mężczyzna, który niespodziewanie wszedł drugim wejściem do hali. Zaczęłam głośno szlochać gdy zauważyłam, że także jest wyposażony w broń. Stanęłam w miejscu, opierając się o ścianę i próbując uspokoić.
-Czego chcecie?-wychlipiałam patrząc pokolei na obu z nich.
-Zemsty.-mruknął z chytrym uśmieszkiem na twarzy jeden z nich. Spojrzałam się na niego pytająco, na co się tylko zaśmiał.
-Twój niedoszły szwagier narobił sobie długów i problemów. A wy niestety musicie je spłacić.-powiedział bawiąc się w dłoni bronią.
-Jak to szwagie? Jakie długi?-jeknęłam zestresowana, nie mając pojęcia co robić. Byłam w totalnej rozsypce.
-Kiedyś na pewno doszło by między wami do ślubu. Ale nie dojdzie.-przeniósł wzrok ze mnie na ledwo oddychającego Jasia.
-Zrób coś! On się dusi!-nie zwracając uwagi na uzbrojonych mężczyzn zaczęłam biec w stronę mojego chłopaka.
-W takim razie skrócę mu cierpienie.-po tych słowach usłyszałam jedynie głośny strzał, a po chwili ujrzałam wielką kałużę krwi w okół Jasia.
-Nie! Jasieeek!-wydarłam się na całą hale, przyśpieszając tępa. Przyklęknęłam obok chłopaka próbując zatamować krew. Nawet nie zauważyłam kiedy obaj mordercy opuścili magazyny. Upadłam na brudną ziemię krzycząc i łapiąc się za głowę, kiedy zdałam sobie sprawę, że Jasiek...Jasiek nie żyje.
Otworzyłam oczy ciężko dysząc. Po chwili w dużym białym pomieszczeniu pojawiło się pełno ludzi także ubranych na biało. Obserwowałam co się dzieje dookoła, próbując opanować nerwy.
-Ciii, spokojnie. Jestem lekarzem, zaraz ci pomorzemy.-do moich uszu dobiegł głos jakiegoś mężczyzny.
Próbowałam połączyć fakty. Miałam w głowie totalny mętlik. Nie potrafiłam nic sobie przypomnieć. Nic prócz Jasia, spędzonych z nim chwil, śmierci ojca, a potem mamy, przeprowadzki.
Po około piętnastu minutach lekarze opuścili salę, a do niej weszła szczupła i wysoka kobieta.
-Witaj skarbie.-szepnęła przez łzy, kładąc swoją dłoń na mojej. Spojrzałam się na nią dziwnie, nie mając pojęcia kim jest.
-Pamiętasz mnie? Jestem twoją mamą. A tam stoi tata.-zaszlochała cicho, uśkiechając się i wskazując ręką na szybę, za którą stał również wysoki mężczyzna.
-Mama?-szepnęłam. Miałam problem z mówieniem i poruszaniem się. Kompletnie nic nie kojarzyłam. Przecież moi rodzice nie żyją, a ja mieszkam z Jasiem. Znaczy mieszkałam...
-Tak, tak skarbie. To ja.-po policzkach kobiety poleciały łzy.
-Ale, ale ty przecież nie żyjesz.-powiedziałam cicho, na co ona rozszerzyła oczy.
-Tata też nie żyje.-dodałam patrząc na szybę.
-Nie słoneczko. To musiał być zły sen, koszmar. Byłaś w śpiączce przez wiele miesięcy, prawie rok. Opiekowaliśmy się tobą najpierwnw szpitalu, a potem zabraliśmy cię do domu. Jakiś czas temu wróciłaś do szpitala, ponieważ lekarze uznali, że twój stan się pogarsza. Każdego dnia czekaliśmy aż się obudzisz, aż w końcu się doczekaliśmy. Przez cały czas pomagał nam chłopak, który cię uratował.
-Uratował?-spytałam, nie mając pojęcia o co chodzi.
-Tak, uratował. W wakacje byliśmy nad morzem. Wypłynęłaś za daleko i zaczęłaś się topić. Na szczęście na ratunek ruszył ci młody chłopak. Przez cały czas był z nami, tyle miesięcy. Musisz go koniecznie poznać.-przeniosła na chwilę wrok ze mnie na szybę, za którą teraz stało dwóch mężczyzn.
-O spójrz! Przyszedł, to on.-Spojrzałam niedowierzając na chłopaka. Nagle wszystkie wspomnienia powróciły. Przypomniał mi się ten dzień na plaży i wszystkie zdarzenia, które okazały się snem. Z moich oczu wyleciał strumień łez. To był mój chłopak. Mój chłopak ze snu. To mój Jaś.
_____________________________________________________
Hey misiaki! I tym oto akcentem kończymy naszą historię Janka i Oli. Nie takiego zakończenia się spodziewaliście, prawda?
Teraz szczerze mówiąc chce mi się płakać. Zapewne przepłaczę pół nocy gdyż jestem bardzo wrażliwa i będę przeżywała zakończenie bloga oraz to w jaki sposób się zakończył. Od samiutkiego początku wiedziałam, że tak właśnie go zakończę. Było to zaplanowane, ale myślałam, że ta chwila nie nadejdzie tak szybko.
Dziękuję Wam za te już prawie 15 000 wyświetleń, wszystkie komentarze, pytania na asku, rozmowy na fb! ♥ Dzięki Wam spełniło się jedno z moich największych marzeń. I już pisząc to się rozkleiłam... :)
Nie łatwo jest mi to kończyć, bo bardzo długo na to pracowałam, ale sytuacja niestety tego wymaga.
I obiecuję Wam, że jeszcze kiedyś wrócę. Możliwe, że pod nową postacią, z czymś zupełnie nowym, innym, wle wrócę! ♥ Obiecuję! ♥
I mega serdecznie jeszcze raz Wam za wszystko dziękuję! ♥ Gdybyście widzieli jakim wielkim jesteście dla mnie wsparciem. Zawsze gdy jestem w ciężkiej sytuacji czytam wasze komentarze. Od razu poprawia mi się humor.
Proszę jeszcze byście pod tym postem pozostawili po sobie jakiś ślad, komentarz. Bardzo mi na tym zależy. To zapewne Wasz ostatni komentarz na tym blogu. Pokażcie ile Was było! ♥♥♥
No więc dłużej się nie rozpisując to po prostu koniec.
POZDRAWIAM I DZIĘKUJĘ! ♥♥♥ Żegnajcie. Papa ;* :'(
Ps. Będę tęsknić.
środa, 6 maja 2015
Rozdział 27
"Nagle drzwi od sali, na którą przewieźli Jaśka otworzyły się. Już w progu poznałam lekarza. Podszedł bliżej i próbował coś powiedzieć. Miał minę, zachowywał się jakby ktoś...umarł..."
Wypałałam wzrokiem dziurę w twarzy lekarza, oczekując na jakąkolwiek reakcję z jego strony.
-Co jest do cholery?-warknęłam na lekarza, nie potrafiąc już opanować emocji. Mama Janka spojrzała na mnie nie dowierzając. Nie dziwię się jej. To nie w moim stylu tak się odzywać, ale to napięcie, emocje. Poprawiłam ręką włosy, czując się głupio.
-Przepraszam.-szepnęłam patrząc raz na lekarza, raz na mame Janka i jego siostrę.
-Nic się nie stało. Rozumiem. Denerwuje się pani, ale nie ma do tego powodów.-powiedział lekarz delikatnie się uśmiechając.
-Czyli? Jasiu żyje, prawda?-wyjąkała Martyna z iskrą nadziei w oczach. Dobrze wszyscy wiedzieliśmy, że tak będzie. A przynajmniej ja nie przyjmowałam do siebie innego przebiegu zdarzeń.
-Tak. Nie było łatwo, ale się udało. Stan pana Jana jest już stabilny, ale nie zmienia to faktu, że musi być pod stałą kontrolą lekarzy.-odetchnęłam z ulgą na dobre wieści. Usiadłam na jednym z krzesełek, łapiąc się za głowę.
-Boże...ale pan mnie przestraszył. Jak wyszedł pan z tej sali to wyglądł tak, jakby stało się najgorsze.-mężczyzna zaczął się cicho śmiać. Nie rozumiem lekarzy...
-Przepraszam. To tylko zmęczenie. Tak jak wspomniałem nie było łatwo.-zaśmiał się, jednak szybko z powrotem z poważniał.
*2 dni później*
-Witaj skarbie. Przyniosłam ci twoją ulubioną książkę. Jak się obudzisz to poczytasz. Chyba, że ja mam ci poczytać.-zwróciłam się do chłopaka "przykłutego" do łóżka, wchodząc do sali szpitalnej. Martyna próbuje wmówić mi, że robie z siebie idiotkę gadając sama do siebie. Ale ja nie gadam sama do siebie, tylko do Jasia. Ja wiem, że on mnie słucha. I że "rozmowa" pomoże mu się szybciej wybudzić. Bo niby dlaczego jego stan się wtedy pogorszył, jak nie dlatego, że się dowiedział o śmierci ojca? Żałuję tylko, że nie mógł być z nami na pogrzebie. Piękna, a zarazem smutna uroczystość. Miał naprawdę godny podziwu pogrzeb.
Usiadłam na taborecie przy łóżku, otwierając książkę i ją czytając. Nieźle się w nią wciągnęłam, gdyż czytałam prawie godzinę. Gardło mi na dłużej nie pozwoliło, bo oczywiście czytałam na głos. Zamknęłam książkę, wstałam i zaczęłam się rozglądać za moją torebke. Przeleciałam wzrokiem przez każdy kąt sali i Jasia mrugającego oczami. Właśnie! Jasia mrugającego oczami! Trochę mi zajęło zanim sobie to uświadomiłam. Z powrotem usiadłam a krześle, kładąc swoją dłoń na jego.
-Tęskniłam.-powiedziałam przez łzy szczęścia. Zauważyłam, że Jasiek próbował coś powiedzieć, ale nie bardzo mu to wychodziło. Zresztą się nie dziwie.
-Nic nie mów. Odpoczywaj.-uśmiechnęłam się pod nosem, a z moich oczu wypłynął strumień łez. Posiedziałam jeszcze chwilkę i wyszłam na korytarz, by zawołać lekarza. Biegłam najszybciej jak mogłam. Nie chciałam, by Jaś był długo sam. Moja niezdarność ukazała się akurat w najmniej odpowiednim momencie. Potknęłam się o własne nogi i poleciałam na idącego na przeciw chłopaka. Przyznam, że miałam miękkie lądowanie. Niestety on nie. Podniosłam się szybko i odbiegłam rzucając szybkie "sory". Chłopak nawet nie zdążył wstać z podłogi więc nie wiem czy mu się coś stało czy nie. A jak już to jest w szpitalu, ma tu wielu dobrych lekarzy. Którym zawdzięczam życie Janka.
-Olcia chodź do domu. Nie możesz tu wiecznie siedzieć.-zauważyłam mama Janka, która przyszła do szpitala około godzinę po jego przebudzniu się.
-A właśnie, że mogę. Przepraszam, ale teraz nie zostawię go samego. Nie teraz gdy się obudził. Muszę być przy nim.
-No już dobrze. Pozwól, że ja pójdę. Jutro trzeba wrócić do pracy. W końcu ktoś w tym domu musi zarabiać.
-Oczywiście. I obiecuję, że niedługo znajdę prace i pomogę.
-Nie, nie trzeba. Nie chciałam byś tego tak odebrała.
Gdy kobieta opuściła szpital, usiadłam w holu na krzesełku pozostając sama ze swoimi myślami. Jak my teraz sobie poradzimy? Co teraz będzie? Na pewno nie wyprowadzimy się teraz. Musimy pomóc mamie Jaśka. I tak nieźle zniosła śmierć męża. Z rozmyśleń wyrwał mnie dotyk czyjejś ręki na ramieniu. Nerwowo się odwróciłam i ujrzałam...
______________________________________________________________
Hejo! Takie krótkie info:
W maju rozdziały będą mniej więcej co 2-3 dni. A w przyszłym tygodniu rozdziału niestety w ogóle nie będzie. Wybaczcie, ale mam tygodniową wycieczke klasową do Warszawy. Piszcie w komentarzach..yy..no..co tam chcecie :")
Ask: ask.fm/ralinaska